dzień 7 – Borgholm, Alvaret i wielbłądy

with Brak komentarzy

plan 60 km
wykonanie 70 km

 
Udało się nam ruszyć z przystanku już o 9:00. Mamy 9 km do Borgholmu. Po drodze mija nas kilkadziesiąt (!) fordów mustangów – od najnowszych po pyrkające starocie. Musi być jakiś zjazd w okolicy.
 

Ruiny zamku w Borgholmie

zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Potęga! Jakiż on musiał być piękny.
Dziedziniec zamkowy porasta dywan zielonej trawy i stokrotek. Chodzimy z Martą od piwnic po wieże. Podziwiamy masywność szarych ścian i widoki z ogromnych okien. Pogoda jest piękna, niebo błękitne nad głowami w pozbawionych stropów salach, nieco ciemniejszy błękit morza widoczny przez okna. Niemal w każdym pomieszczeniu widać ślady kominków. 
Na parterze znajduje się muzeum przedstawiające historię zamku. Są również sale wykorzystywane na bankiety. Trafiamy na pomieszczenie, gdzie ustawione już są stoły nakryte do przyjęcia. Ciekawy kontrast – surowe
kamienne mury i białe obrusy, delikatne kieliszki, kwiaty.
Piwnice są imponujące, część oświetlona, część ciemna jak noc. Frajda dla dzieciaków.
Spędzamy w ruinach kilka godzin i wynosimy z nich wiele wrażeń. Warto było tu przyjechać.

W dalszej drodze mijamy płaskie tereny usiane kamieniami, pola pełne czerwonych kwitnących maków, wiatraki, łąki i pastwiska, na których pasą
się konie, krowy, owce i nagle widzimy na jednym z nich ...

wielbłądy! 

Absolutne zaskoczenie!

Jedziemy wzdłuż zachodniego wybrzeża Olandii. Jak wynika z mojej mapy, tutaj również (bo przede wszystkim w południowej części wyspy) znajduje się Alvaret - łąki i pastwiska porośnięte niską roślinnością stepową, rosnącą niemal na gołej skale. Wygwizdów niemożliwy!
Długą przerwę w pedałowaniu spędzamy oglądając kwitnące przeróżnymi kolorami rośliny i podziwiając

krajobraz Alvaretu.

Dalej kierujemy się do Sandvik, gdzie jest ponoć największy na świecie (?)

wiatrak typu holender.

Łatwo do niego trafić, bo widoczny już z daleka. Marta jest już bardzo zmęczona. Zbawcza moc hamburgera stawia ją na nogi i możemy jechać dalej.
 
Następny postój w Kalla, gdzie znajduje się imponujący

średniowieczny kościół.

Jesteśmy tam o 20:00, właśnie w momencie jak pan zamyka na klucz drzwi. Prosimy o jeszcze dwie minutki. Kościół wygląda jak ogromna stodoła - prosta bryła ze spadzistym dachem zbudowana z kamienia, otoczona starym cmentarzem i kamiennym murem. W środku czuje się dopiero jego potęgę i setki lat historii.
Kościół był kilka razy przebudowywany, a wcześniejsze wersje miały chyba jednak ciekawszą i lżejszą formę.
 

Jest już późno,

usiłujemy dotrzeć do najbliższego kempingu. Marta jest już wykończona. Płacze i prowadzi rower. Widok kierunkowskazu z informacją o 2 km do kempingu dodaje jej nieco energii, a już sam kemping jest na tyle przyzwoity, że przywraca dziecku humor.
Po kąpieli zasiadamy w przestronnej jadalni do kolacji i oglądamy w telewizji zawody żużlowe. Razem z panem Szwedem kibicujemy i Szwedom i Polakom. Padamy dopiero o 23:30.
 
 
Sandbybadets Camping 180 koron namiot, prysznic 5 koron / 5 min
www.sandbybadetscamping.se