dzień 18 – Vasa i prom do Polski

with Brak komentarzy
Vasa
Vasa
Vasa
Vasa
Sztokholm
skansen
wypływamy
na promie
plan brak
wykonanie 23 km
 
O 9:30 wychodzimy na miasto. Bagaże zostają w pokoju bagażowym. Jedziemy na rowerach do Djurgarden.
 
Na początek

Vasa Muzeum.

Imponujące. Muzeum jest poświęcone wspaniałemu okrętowi, który w 1628 roku, wypływając na wojnę z Polską, wkrótce po wypłynięciu, niedaleko portu złapał boczny wiatr w żagle i nabrał wody. Zatonął nietknięty wraz z niemal całą załogą. Przyczyną był najprawdopodobniej zbyt mały balast. Cały statek wyłowiono z dna pod koniec XX wieku. Stoi potężny i pięknie zdobiony w centrum muzeum.
 
Dzieciom się podoba. W coraz bardziej gęstniejącym tłumie zwiedzamy wszystkie piętra.
 
Oglądamy film o tym co działo się po zatonięciu okrętu. Film jest po angielsku. Usiłuję Marcie tłumaczyć, ale nie nadążam i nie wszystko rozumiem. Dostaję reprymendę : „Trzeba się było uczyć angielskiego!”
Bardzo ciekawa uwaga! Mam nadzieję, że dziecko weźmie ją również sobie do serca.
Są różne makiety, przekroje pokładów, stanowiska komputerowe do projektowania statku. Spędzamy tam za dużo czasu.
Po wyjściu okazuje się, że na resztę mamy tylko godzinę. Dzieci z Kasią lecą do Tivoli Grona Lund – wesołego miasteczka, ja – do Skansenu.

Skansen

znajduje się na wzgórzu z pięknym widokiem na miasto. Upał znowu straszny, duszno, a i czasu mało. To co oglądam w Skansenie w części widziałam już „w naturze”: wiatraki z Olandii, drewniane domeczki, kościółki.
 
Dzieci też zdążyły przejechać się tylko jedną kolejką, bo okazało się, że do każdej atrakcji trzeba dodatkowo wykupić kupony, a chętnych jest tak dużo, że odstać swoje też trzeba.
 
O 13:00 pędzimy do hostelu po bagaże i na pociąg do Nynashamn. Pociągi są co godzinę i spóźnienie na ten jeden mogłoby nas położyć na łopatki.
Z tego wszystkiego nie udaje nam się kupić wybranych wczoraj pamiątek. Marta w rozpaczy. Mamy tylko jakieś dwa drobiazgi, które miały być dla Gosi i do mnie do pracy. Katastrofa. Poszukiwania pamiątek w Nynashamn też nic nie dały. Wracamy z pustymi rękami. Wstyd.
 
Na terminalu wita nas język polski i otwartość Polaków.
Nie zauważałam tego wcześniej. Polacy zaczepiają nas sympatycznie, pytają o pobyt w Szwecji, uśmiechają się ciepło i w ogóle sprawiają bardzo miłe wrażenie. Szwedzi nie są tacy wylewni. Są uprzejmi, ale sami nie zaczepiali, nie rozpoczynali rozmowy.

Prom

Scandinavia Polferries ma niższy standard niż promy szwedzkie. Widać, że jest stary. Za to jedzenie dobre - już nasze, polskie. Zaczynamy z Martą od schabowego z frytkami i zestawem surówek.
Większość czasu spędzamy w kafeterii, zaglądając czasami do bufetu. Dzieci od razu znajdują rówieśników do zabawy i ganiają po całym promie. Spać idziemy po 23:00.